Dzień w którym mam odnaleźć jedno z miejsc mojej listy
najpiękniejszych zakątków świata. Sossusvlei.
Czerwone piaski pustynii z
największymi wydmami na świecie. Kolor swój zawdzięczają zawartości dużej
ilości żelaza.
Troszkę zaskoczony, że mamy jechać z kilkuosobową grupą. Nasz
przewodnik zostaje w hotelu. W późniejszych dniach to się powtórzyło i
sfrustrowany, musiałem kontaktować się z moją agencją. Miałem zaznaczone w
kontrakcie, że całość ma być prywatna. Tylko ja i Marian.
Z hotelu do miejsca docelowego nie jest daleko. Już po
kilkunastu minutach wjeżdżamy w piaski pustynii. Pierwszym przystankiem miała
być wydma numer 45. Hiszpańska rodzinka zarządała jednak (bez rozmów z nami i
dwoma Angielkami), że oni chcą na największą, zawną Big Daddy. To jest właśnie
powód, dla którego nigdy nie jeżdżę w grupowych wycieczkach.
Szkoda, że tak się stało. Kiedy przejeżdżaliśmy obok 45, pogoda była
jeszcze znośna, tylko z małym wiatrem.
Im dalej się posuwamy, tym mocniej wieje wiatr. Tutaj jest to
znane, że nieraz trzeba zrezygnować z wyprawy właśnie z powodu silnych wiatrów.
W jednym z miejsc wpadamy w piach i trzeba wyjść z samochodu, bo nie może się
wydobyć. Wszystko ma swoje dobre strony. Tutaj jest pięknie. Piaski i pyły zamieniają powietrze w coś
wygladającego jak mgła. A słońce podświetla to tworząc surrealne widoki. Czuję
się jak na innej planecie.
Udaje się wreszcie wyjechać z tego miejsca i po chwili
dojeżdżamy do miejsca docelowego. Tutaj idziemy już na pieszo. Możemy wspiąć się
na szczyt lub iść w dolinę wydmy, gdzie stoją (trudno powiedzieć, żeby rosły)
wyschnięte akacje. Miejsce w którym kręcono dziesiątki filmów. Decydujemy się
iść do tych drzew, bo boję się że pogoda może się pogorszyć i nic nie zobaczymy.
Przed wyjściem założyłem sandały, bez skarpet, żeby było wygodniej. Od samego
początku, piach dostaje się do środka i zaczyna mi obcierać stopy.
Spacer po tym nie jest trudny. Tak jak po dużej plaży. Po około
dziesięciu minutach wynurza się dolina. Bajka! Co mam więcej pisać.
Nie jest jeszcze bardzo gorąco. Zostajemy tam dłuższy czas, żeby
się nacieszyć widokami. Niestety odkrywam, że stopy już krwawią w wielu
miejscach i muszę zdjąć sandały. Głupi, nie pomyślałem, że będę chodził w
sandałach zrobionych z papieru ściernego, bo tak to odczuwałem. Reszta wycieczki
była na boso.
Mamy wracać, ale chcemy wejść na górę wydmy. Jest olbrzymia.
Najpierw wchodzimy prostopadle na szczyt. Gdzieś w połowie poddaję się. Każdy
krok to olbrzymi wysiłek, bo zjeżdża się na dół. Nogi zapadają się do połowy
łydek. Ja mam torbę w której jest kilkanaście kilogramów sprzętu. Nawet nie mogę
się podpierać, bo torba wpada w piach. Marian bez żadnego obciążenia, na
czworakach, dalej pcha się w górę. Chociaż co dwa kroki przystaje i oddycha z
trudnością, idzie dalej. Ja zmieniam kierunek i idę pod kątem 45 stopni.
Dobijamy do szczytu w innych miejscach. Tutaj jest już wichura.
Na zdjęciach tego nie widać. Lepiej na filmie, który oczywiście zrobię później.
Na szczycie trudno utrzymać równowagę. Teraz schodzimy na krawędzi Big Daddy w
kierunku z którego przyszliśmy.
Tutaj kamera filmowa zaczyna się zacinać. Piasek jest już
wszędzie. Później, już w pokoju, trudno było wypłukać ten piasek z włosów. Mija
nas kilka osób idących pod górę i z uśmiechem życzymy im
powodzenia.
Na dole wydmy stoi wycieczka Chińczyków i jak zwykle bawi nas
swoim zachowaniem. Zawsze jest ich przynajmniej dwudziestu. Stoją w tej grupie,
pozawijani w chusty, chusteczki, że nikogo nie można rozpoznać. Z boku jeden z
nich robi im zdjęcie kamerą za dwadzieścia dolarów. Kurz utrudnia widoczność a
on krzyczy żeby wszyscy się na niego spojrzeli i wtedy słychać ich wszystkich
ejjjj i machają rękoma. W domu będą oglądać zdjęcie i pokazywać znajomym. O
tutaj, w środku, ten z ciemnej koszuli, (bo twarzy nie widać) to ja!
Wow!
Oczywiście mógłby to być ktokolwiek inny, ale wierzymy mu na
słowo.
Wracamy do auta. Po drodze mijamy tabliczkę z napisem toaleta i
strzałką wskazującą kierunek.
Prawdopodobnie właściciel jednego z tych
wraków samochodów oglądanych poprzedniego dnia, poszedł jej szukać i nigdy nie
wrócił.
W drodze powrotnej, przystajemy jeszcze przy wydmie 45 i
robimy kilka zdjęć.
Następnie powrót do hotelu na lunch.
Przy posiłku, przyglądamy się miejscu ze sztucznym wgłębieniem i doprowadzoną wodą, gdzie gasi
pragnienie antylopa.
Po odpoczynku wyjeżdżamy na zwiedzenie pobliskiego kanionu. Tym
razem, tylko z dwoma starszymi paniami z Anglii. Różni się on od tych które już
zwiedziłem. Nie jest to solidna skała. Wygląda to jak glina wypełniona tysiącami
kamieni i kamyszków. Dlatego ma bardzo wymyślne kształty, bo jest łatwa to
obróbki. Erozja przez wiatr i słońce wykonała to dzieło.
Spotykamy po drodze stado pawianów, które wspinają się po ścianach
kanionu łatwiej niż my spacerując po płaskiej dróżce.
Na zakończenie zatrzymujemy się w miejscu, gdzie stoi wybudowany stolik
z ławą. Przewodnik wyciąga wino, piwo, drobne przysmaki. Tam oczekujemy na
zachód słońca. Ja wolę widok wschodzącego księżyca.
























Comments
Post a Comment